niedziela, 23 lutego 2014

#6

Nie mogę powiedzieć, żebym bardzo przestrzegała diety przez ostatnie dni. Może nie było mega objadania, ale alkohol, kawałek czekolady... to wystarczy, żeby wszystko zjebać. Do tego dochodzi okres i już czuję się jak najgrubszy i najbrzydszy człowiek na świecie. A w piątek, po imprezie, byłam taka szczęśliwa, dobra zabawa, szczere (bo po alkoholu, a nie takie udawane, z grzeczności) komplementy, wiele godzin tańca i trochę alkoholu wysrarczyły, by zapomnieć o codzienności. Pora do niej wrócić, choć wcale nie mam na to ochoty. Matura, dieta, matura, dieta i tak w kółko :( Chyba przestanę patrzeć w lustro, mam dość tego widoku. Dążę do obojętności. Matka moja zapytała mnie dziś, po co ta cała dieta i starania, skoro w kilka dni mogę wszystko zepsuć. Dzięki mamo, jeszcze będziesz mnie kurwa prosić, żebym zjadła tego banana.
Chcę być jak porcelanowa laleczka, chuda, delikatna, krucha, z pustką w oczach... idealna.
Dziękuję bardzo wszystkim dziewczynom, które mnie wspierają, jesteście najkochańsze i najcudowniejsze! Buziaki ;*

Posted via Blogaway

czwartek, 20 lutego 2014

#5

Jakoś mi ciężko. Chce mi się płakać i nic mnie nie cieszy. Wszystko mnie stresuje. Poszłam dziś na zakupy, ale nie kupiłam nic. Czemu? We wszystkim wyglądałam beznadziejnie, tragicznie i grubo. Pewnie dlatego, że JESTEM GRUBA. Muszę się uczyć, myśl o maturze mnie prześladuje, ale tak bardzo nie mogę się za to zabrać. Jeszcze tylko tydzień ferii, a ja ani się zrobiłam nic produktywnego, ani nie odpoczęłam.
Dziś bilans okej, nie chce mi się go rozpisywać, ale zjadłam jogurt, jajko sadzone (wiem, że to mnóstwo tłuszczu, 130 kcal itd, ale nie jestem w stanie zjeść na twardo, czy na miękko, a chciałam dostarczyć sobie trochę białka) i trochę fasolki szparagowej, także nie jest źle. Błonnik wzięty, ocet wypity.
Obawiam się najbliższych dwóch dni. Przyjeżdża do mnie przyjaciółka i idziemy na melanż. Moja mama bardzo ja lubi, dlatego już zrobiła tiramisu, jutro zamawia pizze itp. Wiem, czuję to, że nie uda mi się oprzeć całemu temu jedzeniu. Miliony kcal, jak o tym myślę to chce mi się płakać. A przecież nie dam przyjaciółce sałaty, bo ja jestem na diecie. Jakby to usłyszała, to po raz milionowy powiedziałaby: "kurwaaa, Ty znowu na diecie?" Nienawidzę tego, szczególnie, że każda moja dieta kończy się porażką... Co mam zrobić? Jak nie rzucić się na jedzenie i nie pochłonąć setek kcal z alkoholem?
P.S. Czy tylko ja tak mam, że jak przechodzę na dietę, efektu chcę widzieć NATYCHMIAST?
Trzymajcie się kochane ;*

Posted via Blogaway

środa, 19 lutego 2014

#4

Kolejne 2 dni za mną. Zapomniałam wspomnieć, że zaczynam SGD, taki drobiazg :)
Wczoraj był drugi dzień i 300 kcal. Nie zapisałam bilansu, ale nie jadłam wiele, z pewnością nie przekroczyłam, w sumie same owoce i warzywa :) Wczoraj dzień taki pozytywny, leniwy trochę: tańczyłam, byłam na spacerze, prawie cały killer i pół dnia oglądania tv... Dopiero wieczorem dopadły mnie wyrzuty sumienia, przecież matura za 2 miesiące, a ja nic. Znowu szybsze bicie serca, rozpacz.
Dziś dzień lepszy od samego rana. Co prawda jeżeli chodzi o ruch, to tylko killer, ale to lepsze niż nic :)
Wypiłam 3 szklanki wody z octem jabłkowym i zjadłam 2 tabsy z błonnikiem i nie wiem, czy to nie placebo, ale jakoś łatwo mi dziś było na diecie :) Martwią mnie tylko te wypadajace włosy, noo :(
A teraz do rzeczy, bilans:
O:4 małe kotlety sojowe 50 kcal + buraczki 100g 40 kcal
P: 1 cukierek kawowy 17 kcal+ jabłko 40 kcal
K: 100g chudego białego sera 80 kcal + kiełki brokuła 10 kcal + ogórek kiszony 20 kcal + 2 chlebki chrupiące 50 kcal
Suma 307 kcal/ 400
Trzymajcie się ;*


Posted via Blogaway

poniedziałek, 17 lutego 2014

#3

Dziś dzień taki nie za bardzo, czekam aż się skończy. Ale od początku: wstałam rano, całkiem wyspana, pierwszy raz bez bólu kręgosłupa, także powód do szczęścia jest. Miałam rozpisany grafik, wypiłam kawę, wszystko idealnie, nawet zmusiłam się do ćwiczeń: było skakanie na skakance, 50x brzuszki, 50x squats, po 20 wypadów na każdą nogę, 50s wall sitting, 50s plank.  Wiem, że to nie jest dużo, ale nie mam w ogóle kondycji :( Miałam jeszcze w planach wieczorem jakąś Ewę Chodakowską machnąć, albo chociaż ABS i nogi z Mel B). Poszłam zmyć olej z włosów i nałożyć maskę (włosomaniaczka <3) , zobaczyłam, że moje włosy koszmarnie wypadają. Kurwamać, no myślałam, że jebnę, 2 lata pielęgnacji, a teraz mi połowa wypadnie. I tak zawsze miałam cienkie i słabe włosy, to teraz będę całkowicie łysa. No nic, zaczęłam się uczyć, poczułam się słabo, zbierało mi się na wymioty, nie mogłam się skupić, a matura za kilka miesięcy. Poszłam jeść. Nie wiem, ile kcal pochłonęłam, dużo. Potem dostałam histerii, zaczęłam płakać. I od tego momentu płakałam ciągle. Z przerwami na jedzenie. Z 3000 kcal zjadłam. Jestem głupia i beznadziejna.
Jutro muszę kupić senes. Piję ocet jabłkowy i silniej się przeczyszczam. Bo xenna extra jest za słaba. Od jutra kolejna próba wzięcia się w garść. Więcej kcal, może zacznę SGD i więcej ćwiczeń. Po feriach chcę być inną osobą, tak bardzo o tym marzę. Chcę być jak porcelanowa laleczka, delikatna, z wyrazem obojętności na twarzy...


Przeraża mnie to, że uzewnętrzniam się tak bardzo w internecie :)

niedziela, 16 lutego 2014

#2

Jakoś tak smutno mi dzisiaj. Czuję, że nie mam wsparcia, a przecież tego najbardziej potrzebuję. Martwi mnie to, że nie myślę w ciągu dnia o niczym innym, tylko: "co by tu zjeść", "ile to kalorii?" i tak dalej, i tak dalej :<
Miałam w ferie wziąć się w garść i po dwóch tygodniach wrócić odmieniona. Jak zwykle na postanowieniach się kończy. Ale nie mogę się poddać na samym początku. Jeżeli mogę marzyć, mogę też tego dokonać, prawda? 

Bilans z wczoraj: 
O: kawałek brokuła (80 kcal)
P: banan (150 kcal)
K: kromka ciemnego chleba (70 kcal) + 2 plasterki szynki (30 kcal)
Suma 330 kcal

Biorąc pod uwagę wczorajszy bilans, nie jest źle, ale zero ćwiczeń... Nie mogę się zebrać...

Bilans z dzisiaj
O: kawałek piersi z kurczaka (150 kcal)+ ogórek kiszony (11 kcal)
P: mała, czerwona pomarańcza (50 kcal)
K: pieczywo wasa czy coś w tym stylu (25 kcal)+ 90g sera białego 0% (70 kcal)+ kiełki brokuła, z 10g (5 kcal)
Suma: 311 kcal 

Nie wliczam czarnej kawy, ani zielonej herbaty, bo to 0. Ciągle bez ćwiczeń. I byłoby nieźle, gdyby nie to, że po kolacji zjadłam jednego herbatnika, z 30 kcal. I nie chodzi tu nawet o liczbę kalorii, tylko o zasadę, o zasadę! Miałam nie jeść słodyczy przez 21 dni, a już drugiego zjebałam.  

Pozdrawiam wszystkie dziewczyny, mam nadzieję, że idzie Wam lepiej niż mi :<

sobota, 15 lutego 2014

#1

Nie wiem za bardzo jak zacząć.
Mam 19 lat, 168 cm wzrostu i ważę 64 kg. Nie było mi łatwo się do tego przyznać, bo nienawidzę swojego ciała. Zaczynam od dziś. Już kilkakrotnie próbowałam schudnąć, za każdym razem po pierwszym sukcesie następowała chwila słabości, znowu tyłam, załamywałam się i tak w kółko. Mam dość tego, dlatego założyłam blog, żeby móc dzielić się swoimi przemyśleniami, sukcesami, czy porażkami.
Wierzę w perfekcję i chcę ją osiągnąć!


Posted via Blogaway